Nie tylko popkultura

Nie tylko popkultura Jestem Wojtek. Siema! Jak coś obejrzę, to pierwsi się o tym dowiecie. Obiecuję. Postaw kawkę przyjacielu:
https://suppi.pl/nietylkopop
(7)

DZIŚ URODZINY MAJĄ DWIE OSOBY. PIERWSZA Z NICH TO WIELKA GWIAZDA NAJWIĘKSZEGO FORMATU. KTOŚ WYJĄTKOWY, KTO ZAPISAŁ SIĘ W...
20/06/2026

DZIŚ URODZINY MAJĄ DWIE OSOBY. PIERWSZA Z NICH TO WIELKA GWIAZDA NAJWIĘKSZEGO FORMATU. KTOŚ WYJĄTKOWY, KTO ZAPISAŁ SIĘ W HISTORII POPKULTURY I KINA NA ZAWSZE I TO WIELKIMI LIERAMI

Piotr Cyrwus proszę państwa.

A ta druga osoba to taka jedna amerykańska aktora, była żona Toma Cruise'a.

ROK 1998. HOLLYWOOD POSTANAWIA ZRÓWNAĆ ZIEMIĘ Z ZIEMIĄ. I TO DWA RAZY. KTÓRA WERSJA JEST LEPSZA? DEEP IMPACT CZY ARMAGED...
19/06/2026

ROK 1998. HOLLYWOOD POSTANAWIA ZRÓWNAĆ ZIEMIĘ Z ZIEMIĄ. I TO DWA RAZY. KTÓRA WERSJA JEST LEPSZA? DEEP IMPACT CZY ARMAGEDDON?

Uwaga, będzie długo, bo zawsze mnie ten zbieg okoliczności zastanawiał.

Ale chyba nie ma tu żadnej szczególnej geopolitycznej przyczyny, nie ma głębokiej przesłanki artystycznej. Jestto po prostu taka specyficzna dynamika przemysłu filmowego, w której dwa wielkie studia wpadają na identyczny pomysł mniej więcej w tym samym czasie i nagle okazuje się, że widzowie muszą wybrać, który koniec świata bardziej im odpowiada. To chyba nie był zresztą jedyny taki przypadek.

W maju wchodzi "Dzień Zagłady" (Deep Impact) w reżyserii Mimi Leder. W lipcu "Armageddon" Michaela Baya. Oba filmy traktują o komecie/asteroidzie pędzącej ku Ziemi. Oba z gwiazdorską obsadą (choć tu moim zdaniem jednak wygrywa Bay). Oba kończą się poświęceniem kogoś ważnego. I oba przez dekady toczą ze sobą podskórną wojnę o to, który z nich zasługuje na miano "prawdziwego" klasyka gatunku.

"Dzień Zagłady" traktuje apokalipsę jako tragedię. Reżyserka Mimi Leder, jedna z niewielu kobiet stojących wtedy za megaprodukcją, interesowała ją nie technologia stojąca za procesem ratowania planety, ale to, co dzieje się z ludźmi, gdy wiedzą, że mogą umrzeć. Prezydent grany przez Morgana Freemana przemawia do narodu z godnością rodem z lincolnowskiej elegii. Młoda dziennikarka grana przez Téę Leoni próbuje pogodzić się z ojcem. Nastolatkowie planują ślub, bo co innego możesz zrobić kiedy masz szesnaście lat i sześć miesięcy do końca świata. Film jest powolny, emocjonalny, momentami niemal telewizyjny i to właśnie to jest jego siła.

On pyta: jak umieramy? Jak kochamy kiedy nie ma już czasu?

Armageddon natomiast pyta: jak TO MORDY, NISZCZYMY TĘ W PYTĘ WIELKĄ ASTEROIDĘ? (ZZ Top gra w tle)

Michael Bay nie ma czasu na egzystencjalną zadumę i nawet nie udaje, że go to obchodzi. Typowy Michaś Zatoka. Jego film to osiemnaście zmontowanych cięć na minutę, Bruce Willis z wiertłem, Aerosmith grający na napisach końcowych i Ben Affleck jedzący zwierzęce krakersy z Liv Tyler. To jest kino jako adrenalina w czystej postaci, kino które nie chce żebyś myślał, tylko żebyś czuł i to najlepiej żebyś czuł, że jesteś Amerykaninem (nawet bez paszportu), a NASA to chłopaki, z którymi chciałbyś wypić piwo. Film ma absolutnie zerową ambicję bycia czymkolwiek więcej niż spektaklem. I w tej bezczelności kryje się coś prawie sympatycznego.

No i pozostaje też kwestia naukowej wiarygodności (albo jej braku) Jest pewna słynna historia, prawdziwa albo zbyt dobra żeby była prawdziwa, że NASA podobno używa Armageddonu na swoich szkoleniach z zarządzania kryzysowego. Nie jako przykładu dobrej procedury, ale jako ćwiczenia: zatrudnieni proszeni są o doliczenie się wszystkich błędów naukowych w filmie. Podobno udało się zidentyfikować ponad 168.

Deep Impact nie jest pozbawiony grzechów, ale przynajmniej stara się. Twórcy konsultowali się z NASA, uwzględnili realne scenariusze tsunami, film pokazał, że ewakuacja stu milionów ludzi to logistyczny koszmar, a nie kwestia jednej decyzji prezydenta. Kiedy kometa uderza w ocean i generuje falę tsunami, jest to brutalnie, wizualnie realistyczne jak na standardy 1998 roku. To się nie zestarzało dobrze wizualnie, ale koncepcyjnie trzyma się zaskakująco mocno.

Tymczasem Michael Bay kontra fizyka to jednak starcie nierówne. Asteroida wielkości Teksasu zostałaby wkryta znacznie wcześniej niż osiemnaście dni przed uderzeniem. Wiercenie w skale w próżni nie działa tak jak wiercenie w skale na Ziemi. Lot na asteroidę i powrót nie zajmuje tygodnia. Ale najważniejsze: gdybyś wysadził asteroidę w połowie na dwie części, obie połówki i tak uderzyłyby w Ziemię. To nie jest spoiler, to fizyka. Jednak... i to jest istotne, nikomu w kinie w 1998 roku to nie przeszkadzało. I właściwie dlaczego miało?

Armageddon nie jest filmem o nauce. Jest filmem o ojcach i córkach, o lojalności wobec ekipy, o amerykańskim micie hardkorowego robotnika który ratuje świat bo politycy i naukowcy sobie nie poradzą. To jest esencja pewnego rodzaju kina popularnego. Opowieść plemienna ubrana w efekty specjalne. Że przy tym kilometry sześcienne nauki lądują w koszu, to cena blockbustera.

Kto wygrał wojnę o pamięć? Który film stał się legendą? Przy kasach w 1998 roku wygrał Armageddon i to zdecydowanie. Zarobił ponad 550 milionów dolarów na świecie, stając się największym przebojem roku. Deep Impact zebrał 350 milionów, co dla "poważniejszego" filmu katastroficznego było wynikiem bardzo dobrym, ale przy sąsiedzie w eksplozjach wyglądało blado.

Ale kino to nie tylko tygodnie otwarcia. "Dzień Zagłady" z czasem urósł do rangi czegoś bliskiego renesansowi reputacyjnemu. Krytyczki feministyczne zauważyły w nim coś rzadkiego: film katastroficzny wyreżyserowany przez kobietę, skupiony na relacjach i emocjach, nieobsesyjnie zainteresowany technologią zniszczenia. Przy każdym kolejnym przybliżeniu realnej apokalipsy, czy to pandemii, zmianach klimatycznych, i kolejnych wojnach, "Dzień Zagłady" wygląda coraz bardziej proroczo i coraz mniej jak guilty pleasure.

Armageddon jest natomiast megatoną memów. "I Don't Wanna Miss a Thing" to jedno z najlepiej rozpoznawalnych popkulturowych brzmień tamtej dekady. Scena, w której Affleck pyta Willisa dlaczego NASA zamiast uczyć astronautów wiercenia nie nauczyła wiertaczy bycia astronautami i Willis odpowiada że tak właśnie jest — to rodzaj absurdalnej logiki który żyje wiecznie w internecie. Film jest cytowany, parodiowany, kochany z przymrużeniem oka. Ktoś gdzieś zawsze ogląda go z przyjaciółmi na imprezie i ryczą ze śmiechu w połowie nie ze wstydu, lecz z czystej, niezafałszowanej czułości.

Werdykt... jeśli musimy wybrać to...

Nie musimy

Prawda jest taka, że te filmy nie są naprawdę konkurencją. Doskonale się uzupełniają. Deep Impact to film do obejrzenia gdy chcemy poczuć coś prawdziwego, gdy apokalipsa jako metafora straty i nieuchronności rezonuje z tym co przeżywasz. Armageddon to film do obejrzenia gdy trzeba wyłączyć mózg, włączyć Aerosmith i wierzyć przez chwilę, że Bruce Willis rozwiązuje problemy które bez niego zakończyłyby istnieje całych gatunków.

Lato 1998 roku było jedynym sezonem w historii kina, gdy można było wybrać swój ulubiony koniec świata. I to jest moim zdaniem, przy wszystkich asteroidach, wybuchach i tsunami, coś naprawdę wyjątkowego.

ZABAWNE JEST JAK Z TAK WIELKIEJ MARKI JAKĄ BYŁ "DOM Z PAPIERU" ZOSTAŁ TYLKO KURZ. NIBY  WLECIAŁ NOWY SEZON BERLINA A JA ...
19/06/2026

ZABAWNE JEST JAK Z TAK WIELKIEJ MARKI JAKĄ BYŁ "DOM Z PAPIERU" ZOSTAŁ TYLKO KURZ. NIBY WLECIAŁ NOWY SEZON BERLINA A JA NAWET NIE WIDZIAŁEM PIERWSZEGO

Ktoś coś? Czy ? A szał parę lat temu? Maski Salvadora Dali były wszędzie, "Bella Ciao" leciało w co drugim radiu, a Profesor jawił się jako geniusz zbrodni, mimo że jego plan sypał się co dwadzieścia minut, bo ekipa wolała robić dramaty obyczajowe w środku banku. Netflix wycisnął tę cytrynę do ostatniej kropli, rozciągając prosty napad na pięć sezonów. Oglądało się to jednak bardzo przyjemnie.

I kiedy wydawało się, że marka odeszła w miarę spokojnie do lamusa, wjechał spin-off o Berlinie. Pierwszy sezon przeszedł bez większego echa, a teraz ponoć debiutuje drugi. Mówię "ponoć", bo algorytm nawet nie próbuje mi go wciskać, a w eterze cisza. Nikt nic nie mówi, czy w ogóle warto. Jakby nie było tematu.

WYSZEDŁ ZWIASTUN SHREKA 5. TOTALNIE MNIE TO NIE ZAGRZAŁO, BO FASCYNACJĘ TĄ BAJKĄ STRACIŁEM NA ETAPIE SEQUELAPlus nie wie...
19/06/2026

WYSZEDŁ ZWIASTUN SHREKA 5. TOTALNIE MNIE TO NIE ZAGRZAŁO, BO FASCYNACJĘ TĄ BAJKĄ STRACIŁEM NA ETAPIE SEQUELA

Plus nie wiem, ale mam wrażenie, że animacja z początku lat 2000 miał więcej... uroku. Teraz jest to wszystko jakieś takie... no nie wiem.

W necie burza, bo Osioł i Shrek w polskiej wersji zwiastuna nie mają głosów Zamachowskiego i młodego Stuhra. Pewnie to po prostu kwestia tego, że to... zwiastun. Panowie pewnie jeszcze pracują nad nagrywkami albo dogadują szczegóły.

Albo i nie.

JIM CARREY CZYLI GŁOS SUMIENIA HOLLYWOOD. GOŚĆ, KTÓRY WIE JAK JEST I JUŻ DAWNO SIĘ WYLOGOWAŁ Z TEGO CYRKUJest rok 2017. ...
19/06/2026

JIM CARREY CZYLI GŁOS SUMIENIA HOLLYWOOD. GOŚĆ, KTÓRY WIE JAK JEST I JUŻ DAWNO SIĘ WYLOGOWAŁ Z TEGO CYRKU

Jest rok 2017. Gala Fashion Week w Nowym Jorku, czerwony dywan, blask fleszy. Reporterka E! News łapie Jima Carreya i zadaje mu pytanie, które zadaje wszystkim: jak się czujesz, że tu jesteś? Carrey patrzy w kamerę i mówi spokojnie, prawie łagodnie: „Nie ma tu nic do świętowania. Jesteśmy tu, żeby celebrować iluzję, że ego ma znaczenie."

Reporterka milknie przez chwilę, którą Internet będzie powtarzał w nieskończoność. Potem próbuje ratować wywiad pytaniem o modę. Carrey odpowiada, że nie wierzy w istnienie ludzi. Wywiad się kończy.

To nie był wybuch. Nie był performance. To był człowiek, który po prostu przestał udawać.

Produkt systemu, który demontuje system

Ironia losu w przypadku Carreya jest tak gruba, że aż boli. Trudno wyobrazić sobie kogoś, kto lepiej uosabia hollywoodzkiego snu. Syn kanadyjskiego księgowego, który jako nastolatek spał z rodziną w kombiwanie, bo ojciec stracił pracę. Carrey pisał sobie czeki na milion dolarów, zanim miał milion dolarów, i trzymał je w portfelu jako przypomnienie, dokąd zmierza. System go wchłonął, przerobił i wypluł jako jedną z największych gwiazd lat dziewięćdziesiątych.

Ace Ventura. Maska. Głupi i głupszy. Trzy filmy w jednym roku... 1994, i nagle Carrey był wszędzie. Zarabiał dwadzieścia milionów dolarów za film w czasach, gdy taka stawka była wiadomością samą w sobie. Hollywood kochało go za to, że potrafił się sprzedać jak nikt inny.

Właśnie dlatego jego późniejsze wylogowanie jest tak kłopotliwe dla branży. Bo Carrey nie jest outsiderem, który nigdy nie dostał szansy i teraz narzeka zza ogrodzenia. On był w środku. Znał ceny, wiedział, co za nie kupuje, i w pewnym momencie stwierdził, że to nie jest uczciwa wymiana.

Depresja, malarstwo i szukanie wyjścia

Publiczna twarz Carreya przez dekady była twarzą kogoś, komu jest bardzo, bardzo wesoło. Za kulisami był człowiek, który zmagał się z ciężką depresją i szukał języka, w którym mógłby ją wyrazić... poza żartem. Znalazł go w malarstwie.

Jego prace to nie hobby weekendowe. To surrealistyczne, gęste, często niepokojące obrazy. Portrety rozpadające się na abstrakcję, figury pochłaniane przez tło, twarze, które wyglądają jak echo po kimś, kto właśnie wyszedł z pokoju. Sprzedawał je za dziesiątki tysięcy dolarów, prowadził kanał na YouTube dokumentujący proces twórczy, w 2020 roku wydał książkę o swojej sztuce.

Malarstwo dało mu coś, czego Hollywood nie mogło. Tożsamość niezależną od tego, ile osób kupiło bilet. Kiedy malujesz i nikt nie patrzy, nie ma box office, nie ma recenzji, nie ma kampanii reklamowej. Jest tylko pytanie: czy to jest prawdziwe?

Carrey zaczął zadawać to pytanie wszędzie.

Rezygnacja z nagrody, której się nie chce

W pewnym momencie Carrey przestał ukrywać, że cały system nagród go irytuje. Oscary, Złote Globy, statuetki różnego kalibru... mówił o tym wprost: to narzędzie budowania hierarchii w branży, która powinna zajmować się opowiadaniem historii, a zamiast tego zajmuje się budowaniem własnej mitologii.

Nie ma w tym nic szczególnie odkrywczego. Wielu ludzi z Hollywood mówi podobne rzeczy w wywiadach, po czym następnego dnia ogłasza kampanię oscarową własnego filmu. Carrey jest inny o tyle, że jego rezygnacja była dosłowna. Przeprowadził się. Ograniczył aktywność zawodową do minimum. Zamiast zabiegać o kolejną nominację, zaczął malować i pisać.

Wiele gwiazd mówi, że sława nic dla nich nie znaczy. Carrey wydaje się jednym z nielicznych, który naprawdę to sprawdził.

Co z tą hipokryzją?

Zarzut jest prosty i uczciwy: łatwo krytykować cyrk, kiedy cyrk zapłacił ci za dom, samochód i fundusz emerytalny. Carrey zarobił na Hollywood fortunę, a teraz mówi, że Hollywood jest fabryką próżności. Gdzie tu spójność?

Ale może to jest właśnie sedno. Carrey nie mówi, że system jest zły z zewnątrz mówi to jako ktoś, kto był w nim bardzo głęboko i wie, jak wygląda od środka. Jego krytyka jest droższa niż krytyka kogoś, kto nigdy nie miał pokusy. On miał wszystko, czego system mógł oferować: sławę, pieniądze, uwielbienie, poczucie, że jest się niezastąpionym... i powiedział: to nie wystarczy. I to jest wciąż wartościowe.

Nie jest świętym. Jest człowiekiem, który przeszedł przez jeden z najbardziej deformujących przemysłów na świecie i wyszedł z niego z jakimś rozeznaniem. Że ego jest iluzją, że nagrody są grą, że sława to kontrakt z warunkami, których nikt ci nie pokazuje przy podpisywaniu.

Wylogowanie jako akt

Kiedy Jim Carrey przestał się pokazywać, część Hollywoodu westchnęła z ulgą, a część, z zazdrością. Bo wylogowanie się z cyrku, który płaci rachunki, wymaga czegoś, czego branża rozrywkowa nie lubi promować: obojętności na aprobatę.

To jest być może jego największy wkład w kulturę . Nie filmy, nie memy, nie mimika twarzy, która stała się częścią zbiorowej wyobraźni. Ale fakt, że kiedy miał wszystko, czego system mógł dać, zapytał głośno: i co z tego wynika?

Większość ludzi w jego miejscu nie zadaje tego pytania. Carrey je zadał. I nie udał, że odpowiedź mu się podoba.

Jim Carrey ma dziś ponad sześćdziesiąt lat, mieszka z dala od czerwonych dywanów i prawdopodobnie maluje. Gdzieś na tej płótnie jest więcej prawdy o Hollywood niż w większości wywiadów, które Hollywood samo o sobie udziela.

34 LATA TEMU PREMIERĘ MIAŁ "POWRÓT BATMANA" TIMA BURTONA. FILM, KTÓRY MAMA POZWOLIŁA MI OBEJRZEĆ W WIEKU 6-7 LAT. TO BYŁ...
18/06/2026

34 LATA TEMU PREMIERĘ MIAŁ "POWRÓT BATMANA" TIMA BURTONA. FILM, KTÓRY MAMA POZWOLIŁA MI OBEJRZEĆ W WIEKU 6-7 LAT. TO BYŁ KURNA DUŻY BŁĄD

Kolejne parę nocek nieprzespanych. Co mnie najmocniej przeraziło? Zdecydowanie Pingwin. Siadło na niedorozwiniętą psychę bardzo mocarnie. Zwłaszcza jego straszne origin story.

"Synku ale jesteś za mały na ten film, będziesz się bał"
"Matka co ty gadasz, jam jest mroczny rycerz, cichy mściciel, obrońca sprawiedliwości, ambasador nocy. Puszczaj mnie tu tą bajeczkę"
A few hours later... tup tup tup
"Mama głupia sprawa. Posikałem się ze strachu, bo mi się pingwin przyśnił i nie mogę usnąć. Bojem się i trzensem"

FAJNE TE ZWIASTUNY SPAJDIEGO. CAŁKIEM SPRAWNIE BUDUJĄ HYPE. TO NAPRAWDĘ BĘDZIE NOWY POCZĄTEKWiadomo - wielki reset, nikt...
18/06/2026

FAJNE TE ZWIASTUNY SPAJDIEGO. CAŁKIEM SPRAWNIE BUDUJĄ HYPE. TO NAPRAWDĘ BĘDZIE NOWY POCZĄTEK

Wiadomo - wielki reset, nikt nie pamięta Petera, więc wracamy do punktu zero. Civil War wprowadziło Pajączka nieco chaotycznie i przy okazji, ale zrobiono to bardzo sprawnie. Dalsza ewolucja Spider-Mana w MCU przebiegała naprawdę przyjemnie.

Koniec z nanotechnologią Starka. Peter znowu jest przyjaznym pajączkiem z sąsiedztwa. Zresztą ta technologia chyba zaraz okaże się.... zbędna, bo w ciele bohatera zachodzą niepokojące mutacje.

Podoba mi się to bardzo mocno.

O KURDE... DAVEIGH CHASE ZMARŁA W WIEKU ZALEDWIE 35 LAT.To jedna z tych wiadomości, które potężnie uderzają w nostalgię ...
18/06/2026

O KURDE... DAVEIGH CHASE ZMARŁA W WIEKU ZALEDWIE 35 LAT.

To jedna z tych wiadomości, które potężnie uderzają w nostalgię i przypominają, jak bezwzględne potrafi być Hollywood. Daveigh Chase była absolutną ikoną popkultury przełomu wieków, nawet jeśli wielu z nas nie kojarzyło bezpośrednio jej nazwiska.

To ona przerażała cały świat jako Samara wychodząca z telewizora w amerykańskim „The Ring”. W tym samym roku podkładała głos pod urocą Lilo w kultowej animacji „Lilo & Stitch” i dubbingowała Chihiro w angielskiej wersji „Spirited Away”. Do tego doszła jeszcze świetna rola Samanthy Darko w „Donnie Darko”. Taki zestaw kultowych projektów w tak krótkim czasie rzadko zdarza się nawet dorosłym aktorom, a ona miała wtedy niewiele ponad dziesięć lat.

Niestety, kariera Chase wyhamowała ponad dekadę temu – jej ostatni film to 2016 rok. Za kulisami rozgrywał się dramat, o którym media pisały rzadko i zazwyczaj w dość bezdusznym, tabloidowym tonie. Aktorka od lat zmagała się z głębokim uzależnieniem i kryzysem bezdomności.

Kolejna niezwykle zdolna dziecięca gwiazda, która została sam na sam ze swoimi demonami, gdy zgasły światła jupiterów. Smutny, przedwczesny koniec.

WCZORAJ BYŁA ROCZNICA PREMIERY "PAMIĘTNIKA". WYBITNA PRODUKCJA Z RYANEM GOSLINGIEM W ROLI GŁÓWNEJ I TYTUŁOWEJTak, w sens...
18/06/2026

WCZORAJ BYŁA ROCZNICA PREMIERY "PAMIĘTNIKA". WYBITNA PRODUKCJA Z RYANEM GOSLINGIEM W ROLI GŁÓWNEJ I TYTUŁOWEJ

Tak, w sensie on jest tym pamiętnikiem.

Mało który romans tak mocno wrył się w popkulturę jak ten z 2004 roku. Scena w deszczu, pisanie listów przez 365 dni w roku i Ryan Gosling budujący dom własnymi rękami to absolutne klasyki marketingu emocjonalnego.

Nicholas Sparks stworzył schemat idealny, a Nick Cassavetes przeniósł go na ekran z taką chemią między aktorami, że do dziś trudno przejść obok tego filmu obojętnie. Ryan Gosling i Rachel McAdams autentycznie iskrzyli na ekranie, co pewnie ułatwiał fakt, że prywatnie też wtedy za sobą nie przepadali, zanim ostatecznie zostali parą.

Z perspektywy czasu można się oczywiście podśmiewać z toksyczności niektórych zachowań bohaterów czy potężnej dawki melodramatycznego lukru. Noah bywa momentami podręcznikowym stalkerem, a ich kłótnie są dalekie od zdrowej komunikacji.

Ale wiecie co? To wciąż działa. Film ma w sobie rzemieślniczą magię starego Hollywood, a wątek starszego małżeństwa w domu opieki potrafi rozbroić nawet największego cynika.

Dajcie znać, ile razy płakaliście na finale i czy Waszym zdaniem to najlepsza ekranizacja Sparksa, czy jednak „Szkoła uczuć” wygrywa ten pojedynek.

DZIŚ URODZINY MA DWÓCH BLIŹNIAKÓW CO UKRADLI KSIĘŻYC I POPSULI POLSKĄ POLITYKĘ. ALE CO WAŻNIEJSZE, URODZINY OBCHODZĄ DZI...
18/06/2026

DZIŚ URODZINY MA DWÓCH BLIŹNIAKÓW CO UKRADLI KSIĘŻYC I POPSULI POLSKĄ POLITYKĘ. ALE CO WAŻNIEJSZE, URODZINY OBCHODZĄ DZIŚ RÓWNIEŻ RICHARD MADDEN I PAUL MCCARTNEY

Zbieżność dat absolutnie genialna, choć umówmy się – to ta druga dwójka dostarczyła nam w życiu znacznie lepszej rozrywki. No, chyba że ktoś ma wyjątkowo specyficzne poczucie humoru i bawi go oglądanie wiadomości wieczornych.

Richard Madden kończy dziś okrągłe 40 lat i trzeba mu oddać, że dla wielu fanów popkultury na zawsze pozostanie Królem Północy. Facet przeszedł długą drogę od tragicznego finału na Krwawych Godach w „Grze o Tron”, przez świetnego „Bodyguarda”, aż po latanie w rajtuzach u Marvela w „Eternals”. I choć ten ostatni film wyszedł, jak wyszedł (czyli dość nijako), to Maddenowi charyzmy odmówić nie można. Zresztą, nazwisko wciąż regularnie wraca na giełdzie potencjalnych następców Jamesa Bonda i szczerze mówiąc – garnitur leży na nim idealnie.

Z kolei Paul McCartney to już żywa legenda, która dzisiaj świętuje 84. urodziny. Gość, który współtworzył fundamenty współczesnej muzyki z The Beatles, wciąż ma w sobie więcej energii niż połowa współczesnej sceny popowej razem wzięta. Bez niego nie byłoby „Yesterday”, „Hey Jude” i połowy soundtracków do Waszych ulubionych filmów.

Więc zamiast wspominać świętej pamięci Jacka i jego brata Placka, odpalcie dziś jakiś dobry kawałek Beatlesów albo nadróbcie „Bodyguarda”. Solenizantom życzymy skasowania paru dobrych ról i kolejnych platynowych płyt.

Adres

Warsaw

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Nie tylko popkultura umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Nie tylko popkultura:

Udostępnij