Best Stream Awards

Best Stream Awards Wybierajcie razem z nami najlepsze seriale, filmy, programy, teledyski, utwory, audiobooki, podcasty czy Instastories dostępne w streamingu.

Twórzcie z nami historię Best Stream Awards !

Netflix pokonał BBC. Symboliczny koniec epoki telewizji linearnej w Europie.Po raz pierwszy w historii więcej Brytyjczyk...
02/08/2026

Netflix pokonał BBC. Symboliczny koniec epoki telewizji linearnej w Europie.

Po raz pierwszy w historii więcej Brytyjczyków rozpoczyna wybór programu od Netfliksa niż od BBC lub BBC iPlayera. W kraju, który przez dekady traktował BBC jako symbol własnych mediów i wzór telewizji publicznej, ten moment ma znaczenie wykraczające daleko poza Wielką Brytanię. Można powiedzieć, że 2 sierpnia 2026 roku streaming symbolicznie wygrał w Europie z telewizją linearną.

BBC przez lata wyznaczało standardy telewizji linearnej. Można było zgadzać się z jego kierunkiem lub nie, ale trudno było podważyć jego pozycję i wpływ na całą branżę. Tym większe znaczenie ma najnowszy raport Ofcom, z którego wynika, że 26% Brytyjczyków zaczyna szukanie programu od Netfliksa, a 25% od BBC i BBC iPlayera. Zmienił się pierwszy wybór widza, a właśnie od niego zaczyna się walka o jego uwagę.

BBC nadal pozostaje jednym z najpotężniejszych nadawców publicznych na świecie i wciąż generuje ogromną oglądalność. Jednak nawet w kraju najbardziej przywiązanym do własnych mediów pierwszym wyborem widzów stała się platforma streamingowa. Dla całej branży to znacznie ważniejszy sygnał niż kolejny rekord liczby subskrybentów.

Od początku tworzenia festiwalu „Best Stream Awards” powtarzamy, że przyszłość rynku wideo należy do streamingu i twórców internetowych. Dzisiejsze dane z Wielkiej Brytanii są jednym z najmocniejszych dowodów, że ta zmiana właśnie przekroczyła kolejny symboliczny próg.

Jeżeli interesujecie się filmami, serialami i streamingiem, koniecznie przeczytajcie najnowszy felieton szefa naszego fe...
26/07/2026

Jeżeli interesujecie się filmami, serialami i streamingiem, koniecznie przeczytajcie najnowszy felieton szefa naszego festiwalu, Radek Kobiałko Nadaje .

To nie jest recenzja kolejnej platformy, ale próba odpowiedzi na pytanie, czy streaming właśnie zmienia sposób opowiadania historii. Coraz częściej twórcy zakładają, że widz ogląda film z telefonem w ręku. Czy dlatego dialogi stają się bardziej dosłowne, bohaterowie częściej tłumaczą własne motywacje, a scenariusze coraz mniej pozostawiają naszej interpretacji?

Jesteśmy bardzo ciekawi Waszych obserwacji. Czy również zauważacie trend upraszczania przekazu i wyjaśniania widzowi tego, co jeszcze niedawno opowiadał sam obraz? A może uważacie, że to naturalna ewolucja współczesnego kina i seriali?

Zapraszamy do lektury i dyskusji tutaj lub pod postem Radka.

Popkultura właśnie kapituluje przed zanikiem czytania. Ja nie zamierzam.

Platformy streamingowe coraz częściej projektują filmy i seriale dla widza, który większą część uwagi oddaje smartfonowi. Scenarzyści dostają uwagi, aby bohaterowie częściej tłumaczyli własne motywacje, przypominali wydarzenia sprzed kilku scen i dopowiadali to, co wcześniej opowiadał sam obraz. Algorytmy analizują, w których momentach widz odwraca uwagę, przewija materiał albo kończy oglądanie, a zebrane dane coraz mocniej wpływają na sposób pisania scenariuszy. W Polsce około 40% dorosłych ma problemy z czytaniem dłuższych tekstów ze zrozumieniem. Dla mnie oznacza to jedno: niemal czterech na dziesięciu odbiorców odpada jako potencjalni czytelnicy moich felietonów i słuchacze podcastów. Przyjmuję to do wiadomości, ale nie zamierzam dostosowywać swojego przekazu tak konsekwentnie, jak od lat robi to znaczna część popkultury.

Rose Horowitch w opublikowanym przez „The Atlantic” eseju „The End of Reading Is Here” opisuje zjawisko, którego skutki dopiero zaczynamy dostrzegać. Nadal czytamy tysiące wiadomości, postów, podpisów pod zdjęciami i krótkich komunikatów, ale coraz rzadziej obcujemy z tekstami wymagającymi skupienia, pamiętania wcześniejszych fragmentów i samodzielnego wyciągania wniosków. Wraz z tym zmienia się sposób projektowania całej popkultury.

Hollywood od kilku lat mówi o zjawisku określanym jako „second-screen viewing”, czyli oglądaniu filmu lub serialu z drugim ekranem w ręku. Smartfon coraz częściej staje się ekranem pierwszym, ponieważ producenci zakładają, że znaczna część widzów podczas seansu odpowiada na wiadomości, przegląda platformy antyspołecznościowe albo robi zakupy. Platformy dysponują ogromną liczbą danych pokazujących, w którym momencie widz zatrzymuje materiał, przewija go, wraca do wcześniejszej sceny albo całkowicie rezygnuje z oglądania, a im więcej użytkowników korzysta z ich usług, tym dokładniejsze stają się te analizy.

Według relacji scenarzystów i producentów coraz częściej pojawiają się uwagi, aby dialog tłumaczył to, co wcześniej zostało pokazane obrazem, bohater przypominał własne motywacje, a informacje ważne dla fabuły wracały kilka razy w różnych scenach. Matt Damon opowiadał, że podczas pracy nad filmem „The Rip” pojawiła się sugestia, aby ważny element historii został powtórzony w dialogach kilka razy, ponieważ część widzów będzie oglądać z telefonem w ręku. Netflix zaprzecza, by istniała jedna ogólna instrukcja obowiązująca wszystkie produkcje, ale podobne uwagi scenarzyści opisują od lat. Przez ponad sto lat kino uczyło twórców zasady „pokazuj, nie opowiadaj”. Dzisiaj część branży coraz częściej słyszy wskazówkę odwrotną: powiedz to jeszcze raz, bo widz mógł właśnie patrzeć w telefon.

Jeżeli kolejne modele sztucznej inteligencji będą analizowały zachowania setek milionów odbiorców niemal scena po scenie, platformy otrzymają narzędzie pozwalające projektować filmy z niespotykaną dotąd precyzją. Będą wiedziały, kiedy widz się nudzi, kiedy wraca do telefonu, kiedy przerywa oglądanie i które rozwiązania najskuteczniej zatrzymują jego uwagę. Coraz większa część popkultury może więc powstawać przede wszystkim z myślą o maksymalizacji czasu oglądania, podobnie jak platformy antyspołecznościowe od lat projektują swoje serwisy pod maksymalizację czasu scrollowania.

Mam nadzieję, że nadal będzie powstawać kino odporne na ten model, ponieważ całkowite podporządkowanie twórczości wykresom retencji zmieniłoby filmy i seriale w narzędzia do wyłudzania uwagi. Algorytm nie pyta, czy scena jest potrzebna artystycznie ani czy milczenie pozwala widzowi coś zrozumieć, tylko czy użytkownik pozostał na platformie. Produkcje łatwe do śledzenia w tle mogą stanowić część oferty, ale ich logika zaczyna wpływać na cały rynek, ponieważ zapewniają platformom masową oglądalność, większą przewidywalność i niższe ryzyko porzucenia.

Kiedy czytałem te analizy, miałem wrażenie, że oglądam drugą część procesu, którego początek obserwowałem ponad trzydzieści lat temu w polskim radiu. Byłem częścią jednej z pierwszych komercyjnych rozgłośni w Polsce i doskonale pamiętam zachłyśnięcie się możliwością słuchania muzyki przez całą dobę. Wcześniej na wiele utworów czekało się godzinami, a nagle wystarczyło włączyć radio. Rozumiałem tę fascynację, ale od początku walczyłem o miejsce dla słowa, robiłem wywiady, reportaże i transmisje na żywo, ponieważ uważałem, że radio bez rozmowy i opowieści traci swoją największą wartość. Gdy okazało się, że dla słowa nie będzie już miejsca, po prostu przestałem być częścią takiego radia. Przez pewien czas przygotowywałem jeszcze reportaże dla mojej ukochanej Trójki, a później całkowicie pochłonęła mnie telewizja.

Polskie radio przez pierwsze powojenne dekady opierało się przede wszystkim na słowie, któremu muzyka towarzyszyła, zamiast je wypierać. Powstawały słuchowiska, reportaże, audycje literackie i długie rozmowy, a głos prowadzącego nie służył wyłącznie do zapowiedzenia kolejnego utworu oraz reklamy. Komercyjne rozgłośnie odwróciły te proporcje, sprowadzając program do piosenki, krótkiej zapowiedzi, dżingla i reklam. Z roku na rok skracano wypowiedzi, wiadomości i same utwory, ponieważ każda dodatkowa minuta muzyki albo rozmowy oznaczała mniej miejsca na reklamy.

Muzyczni decydenci największych stacji ingerowali już nawet w proces twórczy, żądając, aby utwór zaczynał się bez długiego wstępu, refren pojawiał się niemal natychmiast, a całość mieściła się w czasie uznanym przez nich za radiowy. Jednocześnie przez lata wmawiali artystom i słuchaczom, że Polacy nie chcą polskiej muzyki, tylko bezpiecznych zagranicznych formatów, choćby rumuńskiego disco, a kilka osób w Polsce faktycznie decydowało, czego Polki i Polacy będą słuchać.

Pamiętam doskonale rok 2005, gdy moja żona Margo nagrała duet z Warrenem G, jednym z największych nazwisk światowego rapu. W jednej z dwóch największych ogólnopolskich rozgłośni utwór „Hypnotizing me” natychmiast, głosami słuchaczy, znalazł się na pierwszym miejscu listy przebojów i trafił do najwyższej rotacji radiowej. Druga odpowiedziała, że zacznie go nadawać pod warunkiem usunięcia z nagrania Warrena G. Ktoś najwyraźniej uznał, że na tej antenie nie ma miejsca na rap, a przy okazji usunięcie r***ra pozwoli skrócić utwór. Wiem, brzmi to jak absurd, zwłaszcza dzisiaj, gdy rap dominuje na platformach streamingowych, ale wtedy piosenka mogła naprawdę zaistnieć niemal wyłącznie dzięki radiu. Kilku programerów największych rozgłośni miało więc władzę nie tylko nad tym, czego słuchamy, lecz także nad tym, jak artyści mają tworzyć muzykę i kto może się w niej pojawić. Była to patologia, której kiedyś poświęcę osobny tekst.

Kilkanaście lat później rynek sam zweryfikował radiowe dogmaty. Artyści uwolnili się od programerów, a platformy streamingowe pokazały, że polska muzyka potrafi dominować w odsłuchach. Okazało się, że problemem nigdy nie był gust odbiorców, tylko decyzje ludzi, którzy przez lata próbowali ten gust kształtować i przedstawiali własną politykę programową jako oczekiwania społeczeństwa.

Dokładnie tak samo było ze słowem. Gdy niemal zniknęło z komercyjnego radia, na drugim biegunie powstało TOK FM, którego fundamentem była rozmowa. Wielu nie dawało tej formule większych szans, a rozgłośnia nie tylko przetrwała, lecz także wyprzedziła boom podcastowy. Sam wielokrotnie bywałem tam gościem, szczególnie w znakomitych audycjach Wojtka Krzyżaniaka, rozmawiając o telewizji i nowych mediach.

Późniejszy sukces podcastów obnażył fałszywość radiowych teorii o granicach ludzkiej uwagi. Miliony ludzi słuchają rozmów trwających dwie, a czasem nawet trzy godziny, ponieważ dostali treści warte poświęcenia czasu. Ludzie należący do tego samego gatunku, któremu przez dekady wmawiano, że jego uwaga kończy się na trzyminutowej piosence, kilkunastosekundowym newsie i krótkiej zapowiedzi, potrafią przez wiele godzin podążać za argumentem, jeżeli ktoś traktuje ich poważnie.

Nie twierdzę, że radio samodzielnie stworzyło dzisiejszy kryzys uwagi, ponieważ smartfony, platformy antyspołecznościowe, algorytmy rekomendacji i nieskończone strumienie krótkich filmów zwielokrotniły skalę tego zjawiska. Radio komercyjne było jednak jednym z pierwszych masowych mediów, które potraktowały ograniczoną uwagę odbiorcy jako model biznesowy, a później jej skutki przedstawiły jako naturalne oczekiwania publiczności. Streaming początkowo obiecywał twórcom większą swobodę i odbiorcom ambitniejsze produkcje, lecz coraz częściej korzysta z tej samej logiki, mając do dyspozycji znacznie dokładniejsze dane, skuteczniejsze algorytmy i możliwość testowania reakcji setek milionów ludzi.

Według OECD 39% dorosłych Polaków osiąga w czytaniu poziom pierwszy albo niższy. Osoby znajdujące się na tym poziomie potrafią zrozumieć krótki tekst i odnaleźć jasno wskazaną informację, ale mają problemy z bardziej złożonym przekazem, wymagającym łączenia faktów oraz wyciągania wniosków. Możemy więc potocznie mówić o niemal 40% funkcjonalnych analfabetów, pamiętając, że nie są to ludzie nieznający liter, lecz osoby mające poważne trudności z rozumieniem dłuższych tekstów.

Prawie czterech na dziesięciu Polaków może zatem odpaść jako odbiorcy moich felietonów, esejów i podcastów. Przyjmuję to do wiadomości, ale nie zamierzam skracać każdego argumentu, usuwać kontekstu ani zastępować wyjaśnienia hasłem tylko dlatego, że część rynku uznała to za skuteczniejszy model biznesowy. Popkultura może projektować kolejne produkcje dla ludzi patrzących jednocześnie w dwa ekrany. Ja zamierzam nadal pisać i mówić do tych, którzy potrafią skupić uwagę na jednym.

Chcemy pogratulować Karolinie Wydrze nominacji do nagrody Emmy, czyli najważniejszej na świecie nagrody dla telewizyjnyc...
10/07/2026

Chcemy pogratulować Karolinie Wydrze nominacji do nagrody Emmy, czyli najważniejszej na świecie nagrody dla telewizyjnych oraz streamingowych filmów i seriali. Oczywiście poza Polską, bo tutaj, w streamingu, za najbardziej prestiżowe uznajemy oczywiście nominacje i nagrody „Best Stream Awards” 😉I takich również życzymy Karolinie w przyszłości🤝🔝

Tym bardziej się cieszymy, że łączy nas z Karoliną coś bardzo ważnego: zarówno ona, jak i „Best Stream Awards” pochodzą z Opola. Nie jest to jednak lokalny sentyment dopisany do jej sukcesu. Karolina zawsze podkreśla, skąd pochodzi, a mimo tylu lat spędzonych w Stanach Zjednoczonych wciąż mówi, że czuje się Polką.

Z Opola wyjechała do USA jako dziecko. Zaczynała od modelingu, pracowała dla największych marek, a później konsekwentnie budowała karierę aktorską. Zagrała między innymi w „Dr House”, „Czystej krwi”, „Justified”, „Twin Peaks”, „Quantico” i „Agentach T.A.R.C.Z.Y.”.

W pewnym momencie podjęła decyzję ważniejszą niż kariera. Została mamą i na kilka lat wycofała się z branży. Agenci zrezygnowali z jej reprezentowania, a z otoczenia słyszała, że po takiej przerwie może już nie wrócić.

Do castingu do „Pluribus” zgłosiła się sama, bez pośrednictwa agenta, co w amerykańskiej branży zdarza się rzadko. Dostała rolę Zosi w serialu Vince’a Gilligana, twórcy „Breaking Bad” i „Zadzwoń do Saula”. Dziś za tę rolę została nominowana do Emmy.

To historia talentu, odwagi i walki o własne miejsce w branży, która wciąż zbyt często karze kobiety za macierzyństwo.

Karolino, gratulujemy. Opole jest z Ciebie dumne dziś jeszcze bardziej niż zwykle.

Polskie dzieci karmione algorytmem, treściami 18+ i dorosłym cynizmem. Przerażający raport o życiu polskich dzieci w sie...
24/06/2026

Polskie dzieci karmione algorytmem, treściami 18+ i dorosłym cynizmem. Przerażający raport o życiu polskich dzieci w sieci w 2026 roku...

Raport „Internet dzieci 2026” dotyczy polskich dzieci i powinien trafić do każdego rodzica, który wciąż uważa, że jego dziecko „po prostu siedzi na telefonie”. Dzieci w wieku 7–14 lat spędzają online średnio 4 godziny i 25 minut dziennie, media społecznościowe, które od dawna nazywam portalami antyspołecznościowymi i algorytmami wyłudzania uwagi, zabierają 40% całego ich czasu online, a treści edukacyjne stanowią zaledwie 1% tego, co oglądają.

Ten tekst publikuję także z perspektywy festiwalu Best Stream Awards , bo od początku jedną z idei tego projektu było wyróżnianie i nagradzanie wartościowego contentu w sieci. Chcemy pójść krok dalej i stworzyć narzędzia, które pomogą zatrzymać ten przerażający trend: dzieciom i nastolatkom ułatwiać trafianie na mądry, bezpieczny i rozwijający content, a rodzicom dać proste sposoby rozumienia, kontrolowania i przekierowywania dzieci tam, gdzie naprawdę powinny być.

Najbardziej przerażająca część raportu dotyczy treści 18+ i seksualizujących materiałów, na które trafiają dzieci. Kategoria erotyka ma zasięg 32% wśród polskich dzieci w wieku 7–14 lat, czyli około miliona użytkowników. Najpopularniejszy serwis dla dorosłych jest drugą najczęściej odwiedzaną stroną mobilną w tej grupie, zaraz po największej wyszukiwarce, z miesięcznym zasięgiem 851 tysięcy dzieci. Nie podaję jego nazwy, bo nie ma żadnego powodu, żeby reklamować miejsce, do którego trafiają dzieci.

Dziecko w wieku 7, 10 czy 12 lat trafia tam z ciekawości, z podpowiedzi algorytmu, z linku, z komentarza, z fragmentu piosenki, z profilu influencerki, z seksualizowanego trendu, z pozornie niewinnej zabawy w aplikacji, którą rodzic często widzi jako kolorowy śmietnik z tańcami i żartami. Dziecko nie ma narzędzi, żeby samodzielnie zrozumieć intymność, zgodę, przemoc symboliczną, grę rynkową i mechanizmy przemysłu dla dorosłych.

Dzieci nie trafiają do świata seksualizowanych treści wyłącznie przez jedną stronę czy jedną aplikację. Po drodze są pośrednicy, pośredniczki, influencerzy, r***rki, profile rodzinne, algorytmy i mainstream, który bardzo często legitymizuje ludzi zarabiających na przesuwaniu granic. Przykład Fagaty opisywałem wielokrotnie, bo pokazuje ten mechanizm wyjątkowo wyraźnie: osoba obserwowana przez nastolatków przechodzi na platformę 18+, równolegle nagrywa wulgarne, przeseksualizowane piosenki, a na filmach z koncertów widać, jak teksty śpiewają bardzo młodzi odbiorcy.

Najbardziej niebezpieczne jest to, że mainstream nie odcina takiej postaci od dziecięcej i nastoletniej widowni, tylko ją normalizuje. Duety, występy, obecność w wielkich kampaniach, billboardy w centrum miasta, występy obok największych nazwisk popkultury. W efekcie nastolatek dostaje prosty komunikat: to jest sukces, popularność, droga na scenę, do pieniędzy, rozpoznawalności i wielkiego świata.

Drugi przykład jest jeszcze bardziej ponury, bo dotyczy mechanizmu budowania widowni od rodzinnej niewinności do monetyzacji dorosłego wizerunku na platformie 18+. Profil „Mama i Werka” zaczynał od matki i córki nagrywających trendy, tańce, zabawne filmiki i treści oglądane przez bardzo młodą publiczność. Po ukończeniu 18 lat Werka ogłosiła przejście na tak zwaną niebieską platformę dla dorosłych i zaprosiła tam swoich odbiorców. Późniejszy wątek z deklaracją kupienia matce samochodu w zamian za wspólne nagrania na tej platformie jest przykładem zjawiska, które powinno uruchomić alarm u rodziców, pedagogów, regulatorów i ludzi odpowiedzialnych za platformy.

Trudno sobie wyobrazić bardziej toksyczny komunikat dla dzieci: najpierw oglądacie rodzinny profil, potem dorastająca bohaterka przenosi swoją rozpoznawalność do świata sprzedaży uwagi na platformie 18+, a granica między dziecięcą widownią, dorosłą platformą i rodzinnym contentem zostaje rozmazana tak bardzo, że wielu dorosłych nadal udaje, że nie widzi problemu.

Raport pokazuje także, że zakaz reklamowania alkoholu osobom niepełnoletnim w internecie w praktyce nie działa. Na TikToku, Facebooku i Instagramie około 1,2 mln polskich dzieci w wieku 7–14 lat miało kontakt z reklamami piwa, a prawie 700 tysięcy z reklamami alkoholu wysokoprocentowego. Mówimy o dzieciach, które według regulaminów wielu platform w ogóle nie powinny tam być, a według prawa nie powinny być adresatami takiego przekazu.

Granica 13 lat w regulaminach jest fikcją. W grupie 7–12 lat 1,3 mln dzieci regularnie korzystało z największych mediów społecznościowych lub komunikatorów, czyli 55% całej grupy. W wieku 7–14 lat z TikToka, Instagrama, Facebooka albo Snapchata aktywnie korzysta około 1,9 mln dzieci, czyli 60% tej grupy. Połowa aktywnych użytkowników TikToka w wieku 7–12 lat, około 400 tysięcy dzieci, spędza w tej aplikacji ponad dwie godziny dziennie.

Telefon jest z dzieckiem rano, w szkole, po szkole i przed snem. Raport pokazuje, że 56% dzieci w wieku 7–14 lat uruchamia go między 6 a 8 rano, w każdej szkolnej godzinie po smartfon sięga ponad milion dzieci, a między 22 a 23 robi to wciąż ponad 40%. Dziecko zasypia więc często po kolejnej porcji bodźców, porównań, reklam, seksualizacji, agresji, presji i treści wybranych przez algorytm, który ma jeden cel: zatrzymać uwagę jak najdłużej.

Rodzice muszą wreszcie potraktować smartfon jak wejście do świata dorosłych, a nie jak elektroniczną zabawkę. Dziecko z telefonem bez zasad, rozmowy i kontroli dostaje prywatny tunel do treści 18+, reklam alkoholu, patostreamów, seksualizowanego contentu, presji wyglądu, brutalnego języka, sztucznej inteligencji, manipulacji i biznesu, który zarabia na tym, że dziecko nie umie jeszcze powiedzieć „dość”.

Część rodziców ponosi za to odpowiedzialność wprost, bo wygodniej jest dać dziecku telefon niż dać mu czas, uwagę i rozmowę. Wygodniej jest nie wiedzieć, co dziecko ogląda, z kim pisze, kogo śledzi, jakich twórców cytuje i skąd bierze język, którym zaczyna mówić o sobie, ciele, intymności, pieniądzach i popularności. Ta wygoda ma cenę, którą płacą dzieci.

Znacznie większa część rodziców jest po prostu bezradna. Dzieci często poruszają się w sieci szybciej, sprytniej i sprawniej niż dorośli. Umieją ukrywać aplikacje, czyścić historię, korzystać z drugich kont, przenosić rozmowy w inne miejsca, rozpoznawać naiwne kontrole i omijać zakazy. Wielu rodziców czuje, że problem istnieje, ale nie wie, gdzie go szukać, jak go nazwać i jak odróżnić niewinny taniec na TikToku od pierwszego kroku w stronę toksycznego twórcy, seksualizowanego contentu albo społeczności, która dziecko zaczyna formatować poza domem i szkołą.

Właśnie dlatego w ramach „Best Stream Awards” chcemy stworzyć fundację skupioną na walce z patologią sieci, ale przede wszystkim na ochronie dzieci i nastolatków przed niewłaściwym contentem. Nie przez moralizowanie i straszenie rodziców, tylko przez realne narzędzia, które pomogą im zrozumieć, gdzie są zagrożenia dla ich dziecka, często ukryte pod niewinnymi tańcami, trendami, żartami, muzyką, rodzinnymi profilami albo popularnymi twórcami.

Chcemy stworzyć aplikacje i wyszukiwarki, w których rodzic mógłby wrzucić screen z telefonu, tabletu albo komputera dziecka, wpisać nazwy twórców, których dziecko ogląda, albo pokazać listę obserwowanych profili, a następnie dostać prosty, zrozumiały raport: jakie treści dominują, z czym wiąże się dany twórca, gdzie pojawiają się sygnały ryzyka, jakiego języka używa, do jakich platform odsyła, jakie społeczności wokół siebie buduje i co rodzic powinien zrobić dalej.

Chcemy też rozwijać oprogramowanie, które każdy rodzic będzie mógł zainstalować na smartfonie, tablecie albo komputerze dziecka i które z dużym prawdopodobieństwem odetnie dostęp do większości treści nieprzeznaczonych dla wieku dziecka. Prosto, bez technicznego żargonu, bez udawania, że każdy rodzic ma czas i kompetencje administratora bezpieczeństwa cyfrowego.

Jeżeli ten tekst czyta ktoś, kto chciałby pomóc nam założyć taką fundację przy „Best Stream Awards”, zapraszam do kontaktu. Rafal Brzoska po swoim głośnym starciu ze złymi praktykami portalu antyspołecznościowego, mógłby pomóc pójść krok dalej i stworzyć z nami realne narzędzia dla rodziców, którzy chcą chronić dzieci, ale nie mają wiedzy, pieniędzy albo technologicznego zaplecza. Maciej Kawecki mógłby być tu świetnym wsparciem merytorycznym, organizacyjnym i środowiskowym dla inicjatywy, która łączy technologię, edukację i odpowiedzialność dorosłych.

Szkoła ma tu swoją odpowiedzialność. Państwo ma swoją odpowiedzialność. Platformy mają swoją odpowiedzialność. Rodzice mają swoją odpowiedzialność. A ludzie, którzy rozumieją technologię, media i mechanizmy działania algorytmów, mają dziś obowiązek zrobić coś więcej niż napisać kolejny oburzony komentarz.

Jestem po przeczytaniu tego raportu naprawdę przerażony. Nie dlatego, że dzieci korzystają z internetu. Dlatego, że dorośli oddali dzieciom internet bez mapy, bez latarki, bez zabezpieczeń i bardzo często bez własnej obecności.

Ten raport powinien być czytany przed zakupem pierwszego smartfona, przed zgodą na TikToka, przed założeniem konta na Instagramie, przed pierwszym „wszyscy w klasie już mają”. Po zakupie zaczyna się walka z nawykiem, algorytmem i światem, który jest znacznie szybszy, bogatszy i bardziej bezwzględny niż rodzicielskie „odłóż telefon”.

Teksty krytykujące portale antyspołecznościowe, także ten portal, na którym właśnie to czytacie, mają bardzo mocno obcinane zasięgi i trudno im dotrzeć dalej niż do wąskiego grona odbiorców. Jeżeli uważacie, że ten tekst powinien przeczytać ktoś z waszych bliższych albo dalszych znajomych, zareagujcie, skomentujcie i udostępnijcie go dalej. Tylko tak można choć trochę przebić się przez algorytm, który najchętniej ukryłby każdą poważną rozmowę o tym, jak sam działa.

❤️‍🩹🎥 Największy charytatywny stream w historii świata zakończył się właśnie w zwykłym mieszkaniu na warszawskim  Gocław...
27/04/2026

❤️‍🩹🎥 Największy charytatywny stream w historii świata zakończył się właśnie w zwykłym mieszkaniu na warszawskim Gocławiu. Transmisja była dzisiaj numer 1 oglądalności w streamingu na świecie 🌍🔝📺

„To jest coś największego, co robiłem w życiu. Coś, dzięki czemu wiem, że był sens w tym, że pojawiłem się na świecie. Że moje życie już miało sens”.

Tak powiedział Łatwogang w jednej z rozmów podczas streamu. Młody chłopak, znany wcześniej głównie ludziom żyjącym światem streamingu, krótkiego wideo i twórczości internetowej, powiedział nagle coś tak prostego, tak bezbronnego i tak głębokiego, że trudno przejść obok tego obojętnie. Bo jeśli człowiek, który przez kilka dni siedział przed kamerą i zbierał pieniądze dla dzieci chorych na raka, mówi na końcu, że dzięki temu zrozumiał sens własnego życia, to nie jest już tylko internetowa akcja. To jest moment, w którym za licznikiem, czatem, zasięgami i kamerą widać coś dużo większego niż media. Widać serce.

🎥📺 Stream Łatwoganga zakończył się kwotą ponad 250 milionów złotych i pobił ponad kilkukrotnie dotychczasowy rekord streamu charytatywnego MrBeasta, który zebrał ponad 40 milionów złotych. MrBeast to największy twórca wideo świata, globalna marka, człowiek oglądany na wszystkich kontynentach. A tutaj mieliśmy zwykłe mieszkanie na warszawskim Gocławiu, pokoik, komputer, kamerkę, czat, kartony w tle, ludzi siedzących na podłodze, kolejkę gości na korytarzu pod drzwiami sąsiadów i streamera, który przez dziewięć dni słuchał jednej piosenki, żeby pomóc dzieciom walczącym z rakiem. Jeśli ktoś szuka definicji nowych mediów, to właśnie ją dostał. Przekaz wygrał z opakowaniem. Autentyczność wygrała z produkcją. Serce wygrało z formatem.

I jeszcze jedno jest w tej historii niezwykle ważne: to wszystko odbyło się bez polityków. Łatwogang nie chciał ich na streamie. Nie chciał, żeby największy zryw serc w historii polskiego internetu stał się kolejną okazją do zdjęć, gestów pod kamerę, partyjnych uśmiechów i przyklejania się do cudzego dobra. Powiedział, że zgodziłby się jedynie wtedy, gdyby przy progu stu milionów przyszli razem Karol Nawrocki i Donald Tusk i podali sobie dłonie. I moim zdaniem miał w tej decyzji absolutną rację.

Ja w ogóle uważam, że polityków nie powinno być przy takich akcjach. Oni są od tego, żeby takie akcje nie musiały się odbywać. Zbieramy pieniądze na chore na raka dzieci dlatego, że system nie działa prawidłowo, a za działanie systemu odpowiadają właśnie politycy. Dlatego zawsze jest w tym coś kuriozalnego, kiedy polityk pojawia się przy zbiórce i z troskliwą miną apeluje do obywateli, żeby dali jeszcze więcej niż swoje podatki, choć to z tych podatków płacimy mu za stworzenie państwa, w którym leczenie dzieci, ratowanie życia i łatanie dziur po niewydolnym systemie nie powinny zależeć od dobrej woli widzów streamu. Jeżeli polityk chce pomóc, niech wpłaci pieniądze i zostanie poza kadrem.

Wiem, że część z was dopiero dzięki temu streamowi weszła na chwilę do świata streamingu, rapu, krótkich form wideo i twórczości internetowej, zobaczyła po raz pierwszy ludzi, których nazwiska młodszym odbiorcom mówią natychmiast wszystko, a starszym jeszcze kilka dni temu nie mówiły nic. I właśnie dlatego ta historia jest tak ważna. Pokazała ludziom wychowanym na tradycyjnych mediach, że współczesny internet nie składa się wyłącznie z afer, głupich filmików, dram i skandali, które najłatwiej przebijają się do opinii publicznej. Tam dzieje się także bardzo dużo dobra, twórczości, odwagi, wspólnoty i emocji, tylko trzeba czasem wyjść ze swojej bańki, żeby to zobaczyć.

Od pięciu lat w Best Stream Awards wybieramy i nagradzamy twórców streamingu, wideo, podcastów, audiobooków i nowych mediów. To jedyny taki festiwal na świecie, gdzie w kilkuset kategoriach nagradzamy najlepszą i najciekawszą twórczość w internecie. Wyobraźcie to sobie. Tradycyjne plebiscyty telewizyjne mają zwykle kilka albo kilkanaście kategorii, a w streamingu, wideo, audio, podcastach i twórczości internetowej tych kategorii są setki, bo internet nie jest już dodatkiem do mediów. Jest ogromnym, różnorodnym światem kultury, rozrywki, edukacji, emocji i społeczności. W każdej z tych kategorii wybieramy po pięć najciekawszych pozycji, a miliony odbiorców głosują potem na swoich faworytów.

Dlatego dla mnie popularność i moc Bedoesa, Łatwoganga oraz wielu osób, które pojawiały się na tym streamie, anonimowych dla części odbiorców, a doskonale znanych i bardzo ważnych dla innych, nie była zaskoczeniem. Zaskoczeniem była natomiast czystość emocji, siła poruszenia, zawrotne tempo zbiórki i to, że fizycznie oraz mentalnie uniósł to na swoich barkach ten drobny chłopak, Łatwogang, siedzący przez dziewięć dni w zwykłym pokoju, często zmęczony, czasem nieporadny, ale w tym wszystkim absolutnie prawdziwy.

Początkiem wszystkiego była piosenka „Ciągle tutaj jestem (diss na raka)”, którą Bedoes nagrał z 11-letnią Mają Mecan, dziewczynką po raz kolejny walczącą z ostrą białaczką szpikową. W świecie, w którym diss najczęściej służy do atakowania drugiego człowieka, tutaj został wymierzony w chorobę. W raka. W coś, co odbiera dzieciom dzieciństwo, rodzicom spokojny oddech, a rodzinom poczucie, że jutro będzie zwyczajne. Maja, swoim głosem i swoją odwagą, stała się sercem tej historii, choć żadne dziecko nie powinno musieć być tak dzielne.

Bedoes nadał tej emocji muzyczny język i gigantyczny zasięg. To nie jest „jakiś r***r z internetu”, tylko od lat jeden z najważniejszych artystów młodego pokolenia, twórca z rekordami w streamingu audio i wideo, z publicznością liczoną w milionach, potrafiący mówić do młodych ludzi tak, jak tradycyjne media bardzo często już nie potrafią. I jeśli ktoś nie słucha rapu, a w głowie ma jeszcze stary stereotyp r***ra jako człowieka od agresji, pozy i pustego buntu, to Bedoes jest jednym z tych artystów, którzy ten stereotyp rozbijają. Jego odbiorcy dobrze znają system wartości, który niesie w swoich tekstach i wypowiedziach: szacunek, lojalność, wdzięczność, miłość do najbliższych, wyjątkową rolę mamy i babci, pamięć o ludziach, którzy go wychowali, i przekonanie, że siła nie polega na udawaniu twardego, tylko na tym, żeby nie wstydzić się uczuć.

W tej akcji zrobił więcej niż nagranie utworu. Dał własny przykład, własne pieniądze, własną obecność i własną wrażliwość. I może dlatego „Diss na raka” nie zabrzmiał jak kolejny charytatywny projekt znanego artysty, tylko jak prawdziwy krzyk przeciwko chorobie, przy którym człowiek czuje ucisk w gardle, nawet jeśli zwykle nie słucha takiej muzyki.

Łatwogang również nie wziął się znikąd. To twórca, który od lat pokazuje, że rozumie mechanikę internetu lepiej niż wielu zawodowych producentów. Miał już za sobą rekordowe akcje zaangażowania, „Polska Gurom” z milionami komentarzy, wyprawę rowerową z Polski do Afryki, ogromne wyzwania internetowe i sytuacje tak absurdalnie skuteczne, jak doprowadzenie do tego, że Ed Sheeran nagrał z nim polską wersję swojej piosenki. Dla jednych to były memy i wygłupy. Dla tych, którzy naprawdę obserwują nowe media, było jasne, że za tym stoi rzadki talent do uruchamiania zbiorowej energii.

Tym razem ta energia poszła w najpiękniejszą możliwą stronę.

Oglądałem ten stream wiele godzin. Wracałem do niego nie tylko dla kwoty, nie tylko dla gości i kolejnych zaskakujących sytuacji, ale dla atmosfery, której w internecie tak bardzo nam brakuje. Był śmiech, było zmęczenie, były wzruszenia, były pojednania ludzi skonfliktowanych od lat, były ogromne wpłaty, były gesty, które w normalnym streamie mogłyby wyglądać jak wygłupy, a tutaj stawały się częścią większej opowieści o pomaganiu. I były takie chwile, gdy człowiek patrzył na ekran, na ten zwykły pokój, na ludzi ściśniętych między kartonami, kamerką i czatem, i nagle czuł, że dzieje się coś oczyszczającego. Coś, po czym chce się choć przez chwilę wierzyć w ludzi bardziej niż zwykle.

Najmocniej zostanie ze mną jednak nie rekord, tylko Łatwogang mówiący o dziecięcym oddziale onkologicznym. Bez pompy, bez udawania świętego, bez wielkich słów wypowiadanych pod publiczkę. Mówił, że każdy powinien tam być choć raz, żeby naprawdę zrozumieć, o co chodzi. Mówił też, że jeśli ta akcja miałaby kiedyś wrócić, najchętniej usunąłby się w cień, bo nie chodzi o niego, tylko o dzieci. W tej jego skromności, w lekkiej nieporadności i w szczerości człowieka trochę przytłoczonego dobrem, które sam uruchomił, było coś absolutnie rozbrajającego.

Ten chłopak ma większe serce niż zebrana kwota.

I może właśnie dlatego ta historia zostanie z nami na dłużej. Nie jako ciekawostka o rekordzie, nie jako kolejny viral, nie jako internetowy happening, tylko jako dowód, że nowe media potrafią robić rzeczy, których stary świat często nie rozumie, dopóki nie zobaczy licznika. Streaming, krótkie formy wideo, rap, influencerzy, twórcy wideo, podcastów i audio oraz całe te społeczności, które wielu ludzi nadal lekceważy, pokazały w kilka dni siłę większą niż niejeden wielki projekt społeczny budowany miesiącami.

Jeśli więc do tej pory zaglądaliście w tę część świata tylko wtedy, gdy wybuchała jakaś afera, mam nadzieję, że ten stream będzie zachętą, żeby spojrzeć szerzej. Bo poza dramami, skandalami i patologiami, które najłatwiej przebijają się do mediów, istnieje tam potężny obszar kreatywności, wpływu, wspólnoty i dobra. Są ludzie, którzy potrafią poruszyć miliony nie dlatego, że ktoś dał im antenę, lecz dlatego, że przez lata zbudowali ze swoimi odbiorcami relację silniejszą niż niejeden tradycyjny format medialny.

Jedna dziewczynka. Jeden r***r. Jeden streamer. Jedna piosenka. Zwykły pokój na Gocławiu. Internet bez polityków. I Polska, która przez kilka dni pokazała twarz, jaką chciałbym oglądać częściej.

Twarz ludzi, którzy potrafią się wzruszyć, pomóc i być razem. 🕊️

A jeśli młody chłopak po takim doświadczeniu mówi, że dzięki temu wie, iż jego życie miało sens, to naprawdę trudno znaleźć lepszą puentę dla największego charytatywnego streamu w historii świata. ❤️‍🩹

Adres

Strzelców Bytomskich
Opole
45-084

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Best Stream Awards umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Best Stream Awards:

Skróty

Udostępnij