31/03/2026
Miałem kiedyś klienta, który powiedział, że ma już wszystko przygotowane. W tamtej chwili byłem jeszcze młody duchem.
Powiedział to z takim spokojem, z jakim ludzie mówią, że chleb już kupiony albo że auto stoi pod domem. „Wszystko gotowe” — usłyszałem. Pomyślałem: pięknie. Może tym razem trafił mi się projekt, przy którym nie będę musiał prowadzić śledztwa, terapii i tłumaczenia snów jednocześnie.
Po pięciu minutach wiedziałem już, że słowa „wszystko gotowe” znaczą w tej branży mniej więcej tyle, co „już wychodzę” na rodzinnym grillu.
Klient otworzył folder.
W środku były dwa logotypy, oba w PowerPoincie. Jeden nazywał się „logo finalne”. Drugi „logo finalne użyj tego”. Oba wyglądały tak, jakby przeżyły ciężkie dzieciństwo i kilka nieudanych migracji między komputerami.
Zapytałem o teksty.
Powiedział, że są praktycznie skończone. To „praktycznie” okazało się dokumentem, w którym był nagłówek „Witamy serdecznie”, jedno zdanie o jakości i notatka:
„Tu trzeba coś mocnego, ale żeby nie przesadzić”.
Już wtedy przeczuwałem, że nie robię strony internetowej. Ja prowadzę seans spirytystyczny, podczas którego próbuję przywołać wizję, która istnieje tylko w głowie jednego człowieka.
Potem przeszliśmy do kolorów.
Klient powiedział:
„Myślimy o czymś między złotem a zaufaniem. Tak elegancko, ale swojsko. Luksusowo, ale bez zadęcia. I żeby było ciepło, ale profesjonalnie. Wie pan, coś między kancelarią, hotelem spa i porządnym człowiekiem.”
W tym momencie patrzyłem na niego z szacunkiem. Nie każdy potrafi w jednym zdaniu zamówić paletę kolorów i kryzys tożsamości.
Zapytałem, jak ma wyglądać strona.
Odpowiedział:
„Bardzo prosto.”
To „bardzo prosto” obejmowało stronę główną, ofertę, blog, sklep, newsletter, trzy formularze, strefę klienta, czat, mapę, sekcję opinii, sekcję partnerów, sekcję pobierania plików i jeszcze taki jeden element, żeby człowiek po wejściu od razu czuł, że firma jest nowoczesna, stabilna, luksusowa, ludzka i zna życie.
Czyli klasyczne minimum. Taki skromny starter pack, po którym hosting zaczyna oddychać trochę głośniej.
Potem padło moje ulubione zdanie:
„Tylko żeby to było lekkie i szybkie.”
Oczywiście.
Strona miała więc być lekka i szybka, ale z filmem w tle, dużą animacją na wejściu, licznikiem, który startuje z hukiem, galerią zdjęć, trzema sliderami i sekcją, w której cyfry „ładnie lecą do góry, bo to buduje zaufanie”.
W tamtej chwili poczułem się jak kucharz, któremu ktoś mówi:
„Poproszę coś bardzo lekkiego. Tylko z serem, śmietaną, boczkiem i frytkami. Ale tak fit.”
Potem klient powiedział, że wersja mobilna ma wyglądać identycznie jak komputer, tylko na telefonie.
Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale są zdania, po których człowiek już nie szuka odpowiedzi. Człowiek po prostu milknie i słyszy wewnętrznie skrzypce.
Zapytałem o inspiracje.
Dostałem siedem screenów z siedmiu różnych stron. Jedna wyglądała jak Apple. Druga jak kancelaria. Trzecia jak salon meblowy. Czwarta jak startup od rakiet. Piąta jak hotel w górach. Szósta jak firma od marmuru. Siódma była chyba z branży medycznej, ale klient napisał pod nią:
„Tu mi się podoba ten spokój, ale bez tego klimatu.”
To był ten moment, w którym zrozumiałem, że nie zbieram inspiracji. Ja kompletuję puzzle z siedmiu różnych pudełek, nie mając pewności, czy w którymkolwiek jest niebo.
Później zaczęły się poprawki.
Pierwsza była niewinna.
„Może większe logo, ale żeby nie było większe.”
Druga była jeszcze lepsza.
„Czy da się zrobić, żeby było bardziej premium, ale mniej drogo?”
Trzecia weszła już z rozmachem.
„To wszystko jest bardzo fajne. Zmieńmy tylko to, co widać, i zostawmy klimat.”
I tu naprawdę trzeba było zachować twarz zawodowca, choć w środku człowiek siadał na podłodze własnej psychiki i pytał, czy wszystko jest jeszcze w porządku.
Klient miał też niezwykły talent do zdań, które są po polsku, ale nie mają żadnego kontaktu z fizyką.
„Tu dajmy więcej oddechu, ale żeby było pełniej.”
„To niech będzie bardziej dynamiczne, ale uspokajające.”
„Może nowocześniej, ale bardziej tradycyjnie.”
„To jest bardzo dobre, tylko nie wzrusza.”
„Zróbmy tak, żeby było prosto, ale było widać, że dużo tu zrobiliśmy.”
Po którymś takim zdaniu człowiek przestaje już być deweloperem.
Staje się medium.
Siedzi przed ekranem i próbuje nawiązać kontakt z ideą, która krąży gdzieś nad biurem i od czasu do czasu zstępuje na ziemię w postaci wiadomości:
„Mam jeszcze jedną myśl.”
A wiadomości od tego klienta miały zawsze ten sam rytm. Zaczynały się łagodnie. Na przykład:
„Mam małą sugestię.”
I to był dokładnie ten rodzaj spokoju, jaki panuje na plaży pięć sekund przed tym, jak ktoś krzyknie, że fala zabrała parawan.
Na końcu, po długiej serii rozmów, poprawek, wersji, kontrwersji i zjawisk paranormalnych, klient powiedział najpiękniejsze zdanie całego projektu.
„To już naprawdę ostatnia seria zmian.”
Poczułem wtedy coś między ulgą a niedowierzaniem. Coś jak człowiek, który zobaczył światło w tunelu, ale nie był jeszcze pewny, czy to wyjście, czy po prostu kolejny pociąg.
Dwie godziny później przyszła wiadomość.
„Przepraszam, że jeszcze piszę, ale wpadła nam do głowy jedna drobna rzecz.”
I powiem szczerze: już nawet się nie zdziwiłem. To nie był zwrot akcji. To była tradycja. Rytuał. Element krajobrazu. Coś jak deszcz w listopadzie albo zdanie „to tylko minuta” przed spotkaniem, które trwa czterdzieści osiem.
Branża stron internetowych jest naprawdę piękna.
Trzeba tylko pamiętać, że „wszystko gotowe”, „prosta strona” i „jedna drobna poprawka” to nie są konkretne informacje.
To są gatunki literackie.